Jedna listopadowa niedziela, jeden bus i dziewięć przystanków. Wyjechaliśmy, gdy pola pod Nowym Targiem były jeszcze białe od szronu, a skończyliśmy, gdy nad Tatrami gasła ostatnia zorza. Po drodze był Spisz z kapliczkami i owcami, dwa zamki naprzeciw siebie nad Jeziorem Czorsztyńskim i drewniane wille, które przeniesiono z wsi zalanych przez jezioro. Przez cały dzień towarzyszyły nam Tatry: raz w mgle, raz w pełnym słońcu, na końcu w złocie.
Świt przy lotnisku w Nowym Targu
Pierwszy postój zaraz za Nowym Targiem, na skraju lotniska. Teren pod nie miasto wykupiło już w latach 30. XX wieku, a trawiasta płyta z widokiem na Tatry to miejsce znane szybownikom z całej Polski: startowali stąd na tak zwanej fali tatrzańskiej, a w 1966 roku pobito tu szybowcowy rekord świata wysokości w kategorii dwumiejscowej. O 7:37 nie latał nikt. Nad polem wisiał jeszcze księżyc, dwa dni po pełni, a trawa chrzęściła od przymrozku.

Szron pokrył wszystko: trawę, krzaki, pojedyncze drzewa na miedzach. Gdy słońce podniosło się wyżej, szron zaczął błyszczeć, a Tatry wyostrzyły się na tle błękitu. Na takie poranki czeka się czasem całą jesień.



Litwinka nad Czarną Górą
Z Kotliny Nowotarskiej pojechaliśmy na wschód, na Spisz. Czarna Góra to spiska wieś położona wysoko, na 700–850 metrach, a nad nią wznosi się Litwinka: wzgórze z punktem widokowym i Krzyżem Milenijnym, który nocą jest podświetlony i widać go z kilkunastu kilometrów. To jedno z tych miejsc, gdzie panorama Tatr otwiera się na całą szerokość horyzontu.

Doliną płynęły jeszcze poranne mgły, a nad nimi stała cała ściana Tatr, od Bielskich po Wysokie. Na szczycie było pusto, ławki pokrywał szron, a przy wyciągu leżały pierwsze płaty śniegu.



Po drugiej stronie, na północy, rozlewało się morze mgieł. Wystawały z niego tylko grzbiety gór, jak wyspy.

Przełęcz nad Łapszanką
Następny przystanek to miejsce, które fotografowie znają z setek zdjęć: przełęcz nad Łapszanką. Droga wspina się tu na grzbiet, a za nim nagle wyrastają Tatry Bielskie, tak blisko, że wydaje się, iż można dotknąć ich wapiennych ścian. Słońce stało jeszcze nisko, a niebo pocięły smugi samolotów.

Przy drodze stoi biała kaplica Matki Bożej Częstochowskiej. Zbudowali ją w 1928 roku mieszkańcy, którzy mieli daleko do kościoła i chcieli mieć gdzie wspólnie się modlić. Fundatorami była rodzina Sołtysów, nazywana Górzanami. To tak zwana kaplica loretańska: z dzwonem, którym dzwoniono na nadchodzącą burzę, bo wierzono, że jego dźwięk odpędza pioruny.

Z tym dzwonem wiąże się smutna historia. 17 lipca 1967 roku, gdy dzwonił na burzę, zginął od uderzenia pioruna 33-letni Franciszek Kapołka, syn Walentego, który jako szesnastolatek budował kaplicę. Upamiętnia go tablica przy wejściu.


Z przełęczy widać Tatry Bielskie jak na dłoni. Na hali poniżej pasły się krowy, jakby nikt nie powiedział im, że jest połowa listopada. W cieniu przy drodze trawa wciąż była biała od szronu, choć w słońcu dawno stopniał.



Pola nad Niedzicą
Z Łapszanki zjechaliśmy w stronę Niedzicy. Na rozległych pastwiskach pasło się stado owiec, a nad nimi, na łagodnym wzgórzu, zobaczyliśmy z daleka białą kaplicę otoczoną drzewami. Za nią, w porannej mgiełce, stały ostre szczyty Tatr. To ta sama kaplica, ku której jechaliśmy dalej: kaplica Matki Boskiej Śnieżnej w Kacwinie.


Kacwin i kaplica Matki Boskiej Śnieżnej
Kacwin to jedna z najstarszych wsi Zamagurza, czyli spiskich ziem po północnej stronie Magury Spiskiej. Założono ją na początku XIV wieku, gdy kolonizację tych terenów prowadził ród Berzeviczych, właścicieli zamku w Niedzicy. Przez stulecia należała do Węgier, a do Polski trafiła w 1920 roku, gdy Konferencja Ambasadorów przyznała Polsce czternaście spiskich wsi.
Kaplica Matki Boskiej Śnieżnej stoi na wzgórzu nad wsią, w otoczeniu brzóz i tui. Według tablicy przy ogrodzeniu powstała około 1750 roku z fundacji jednego z parafian, z rodu spiskich „mulorzy”, czyli murarzy, którzy z pokolenia na pokolenie przekazywali sobie rzemiosło. Najbardziej prawdopodobna opowieść mówi, że zbudowano ją z inicjatywy proboszcza po wielkim pożarze wsi. Drzwi zwrócono w stronę osady, aby kapłan, błogosławiąc wiernych, błogosławił też całą wieś i chronił ją przed ogniem.


W 1912 roku parafianie zebrali pieniądze na pełny remont i otynkowanie wnętrza. W latach 70. jedyną ozdobą był obraz ołtarzowy: Maryja z Dzieciątkiem na tle obłoków. Od XX wieku w święto Matki Boskiej Śnieżnej, 5 sierpnia, odprawiano tu uroczyste msze, a w 1970 roku kardynał Karol Wojtyła podniósł kaplicę do rangi mszalnej.

Wezwanie nie jest przypadkowe. Kult Matki Boskiej Śnieżnej rozpowszechnił się w Europie Środkowej po zwycięstwie nad Turkami i opanowaniu epidemii, a XVIII wiek był czasem zaraz i klęsk. Do kaplicy przywiązana jest też legenda o młodej kacwiniance Marynie, która przez cztery lata co noc pielgrzymowała tu na kolanach w białym stroju, by wybłagać powrót męża. Mówiono, że to kara za to, że podstępem odebrała narzeczonego innej dziewczynie, a rywalka rzuciła na nią urok, topiąc kłódkę w wodzie. Mąż zniknął i już nie wrócił.


Sromowce Wyżne
Z Kacwina pojechaliśmy w stronę Dunajca. Krótki postój w Sromowcach Wyżnych dał jeden z najładniejszych widoków dnia: Tatry wyłaniały się zza kolejnych grzbietów, zamglone, jak dekoracja w teatrze.

Czorsztyn: dwa zamki naprzeciw siebie
Nad Jeziorem Czorsztyńskim spotykają się dwie historie. Na południowym brzegu stoi zamek Dunajec w Niedzicy, zbudowany w latach 1320–1326 jako węgierska twierdza graniczna. Na północnym, na skale, ruiny zamku w Czorsztynie, jego polskiego odpowiednika. Przez wieki granica polsko-węgierska biegła tu Dunajcem, a dwa zamki pilnowały jej z przeciwnych brzegów.

Z niedzickim zamkiem wiąże się jedna z najdziwniejszych legend w Polsce: o inkaskiej księżniczce, która miała poślubić jednego z Berzeviczych, właścicieli zamku, i o skarbie Inków ukrytym w jego murach razem z węzełkowym pismem kipu.


Czorsztyński zamek pamięta XIV wiek. Rozbudował go Kazimierz Wielki, a jego upadek przypieczętował piorun: w 1790 roku spłonął od niego dach. Dziś z ruin roztacza się widok na całe jezioro.


Samo jezioro jest młode. Powstało po spiętrzeniu Dunajca zaporą w Niedzicy, którą budowano od 1975 do 1997 roku. To najwyższa w Polsce zapora ziemna z uszczelnieniem z gliny. Pod wodą zniknęły całe Maniowy i części innych wsi, a ich mieszkańców przesiedlono. Gdy poziom wody spada, z dna wyłaniają się fundamenty dawnych domów.
Osada na Stylchynie w Kluszkowcach
Część tego, co miało zniknąć pod wodą, ocalała. Na wzgórzu Stylchyn w Kluszkowcach, na półwyspie nad jeziorem, w latach 90. powstała osada z zabytkowych budynków przeniesionych ze starych Maniów, Kluszkowiec i Czorsztyna: dziewięć drewnianych willi i pensjonatów, jedenaście chałup i budynków gospodarczych oraz jedenaście kamiennych piwniczek. W zagrodzie Jana Królczyka urządzono muzeum regionalne z wyposażeniem z 1909 roku.


Wille mają wysokie kamienne podmurówki, długie balkony i ozdobne szczyty, typowe dla podhalańskich letnisk z przełomu XIX i XX wieku. Najciekawsze są jednak piwniczki: zbudowane z łamanego kamienia na przełomie wieków, każda z drewnianym zrębem na górze, gdzie trzymano siano. Dziś wiele budynków stoi pustych, przez co osada wygląda trochę jak z baśni, a trochę jak miasteczko widmo.




Zachód słońca nad jeziorem
Ostatni przystanek wybraliśmy na wzgórzu w Kluszkowcach, z widokiem na jezioro i Tatry. W listopadzie słońce zachodzi wcześnie, więc już po 15:00 światło zrobiło się złote, a kolejne grzbiety ułożyły się w warstwy: najbliżej Pieniny i spiskie wzgórza, na samym końcu Tatry.


Około 15:40 słońce schowało się za grzbiety, a w wodzie Jeziora Czorsztyńskiego odbiło się ostatnie światło. Po kilku minutach nad Tatrami została już tylko pomarańczowa zorza. Dzień, który zaczął się od szronu i księżyca, skończył się dokładnie tam, gdzie powinien: na tle gór.


Trasa, 17 listopada 2024
Nowy Targ (przy lotnisku) → Czarna Góra (Litwinka) → przełęcz nad Łapszanką → Niedzica → Kacwin → Sromowce Wyżne → Czorsztyn → Kluszkowce (osada na Stylchynie i zachód słońca)
Od 7:37 do 15:46, busem, z przystankami na zdjęcia.