Góra nazywa się Trzy Korony, ma pięć turni, a skąd ta trójka, nikt do dziś nie wie. Stoi nad Sromowcami Niżnymi, tam, gdzie Polska kończy się na Dunajcu, a jej wapienna ściana wyrasta nad łąkami, po których chodzą konie. To najbardziej rozpoznawalna góra Pienin. Ostatnią niedzielę października spędziliśmy na pętli wokół niej: zielonym szlakiem przez złoty las na Okrąglicę, w dół przez przełęcz o wdzięcznej nazwie Chwała Bogu i wąwóz, w którym podobno zasadzano się na Szwedów, a na koniec kładką na Słowację, do klasztoru, z którego według legendy jeden z mnichów sfrunął na skrzydłach.

Wieś pod koroną
Wieś założono w pierwszej połowie XIV wieku na ziemiach klarysek ze Starego Sącza. W 1832 roku ze Sromowiec wyruszyły pierwsze turystyczne spływy Dunajcem, a w 1934 roku powstało tu Polskie Stowarzyszenie Flisaków Pienińskich, które działa do dziś. Z łąk widać, skąd wzięła się nazwa góry: skalny grzebień nad lasem wygląda jak korona.

Sama nazwa jest młodsza, niż się wydaje. Przez wieki na górę mówiono po prostu Pieniny. W 1834 roku, w czasach austriackich, w dokumentach pojawiła się niemiecka nazwa Kronenberg, czyli Korona. „Trzy Korony” przyjęły się dopiero około 1860 roku. Dlaczego trzy, skoro z dołu widać pięć turni, tego nikt nie wie. Jedni mówią, że chodzi po prostu o kształt: znad Dunajca masyw wygląda jak korona. Przewodnicy żartują, że wejście na szczyt kosztowało kiedyś trzy korony. Szkopuł w tym, że koronę jako walutę Austro-Węgry wprowadziły dopiero w 1892 roku, ponad trzydzieści lat po nazwie. Legenda mówi z kolei, że uciekająca przed Tatarami księżna Kinga rzuciła za siebie koronę, a z niej wyrosły skały, które zatrzymały najeźdźców. Etymologii nie wyjaśniono do dziś. Ja przyjmuję, że korona brzmiała dumnie, a trójka po prostu ładniej niż piątka.
Flisacy, którzy od pokoleń spływają pod tą ścianą, liczą zresztą uczciwie do pięciu. Mówi się, że turnie to dla nich rodzina, wymieniana od lewej: Pochyły Dziadek, Okazała Babka i trzy wnuczki, Wysoka Kaśka, Gruba Baśka i Kudłata Maryśka. Gruba Baśka to podobno Płaska Skała, a Kudłata Maryśka Pańska Skała. Skąd akurat te imiona, trudno dziś ustalić. Podobno górale ze Szczawnicy trzymają się ich mocniej niż nazw z mapy.
Pierwsze odnotowane wejście na szczyt pochodzi z 1767 roku, a regularni turyści zaczęli tu przychodzić około 1830 roku.

Ruszyliśmy z wsi. W „Tao te king”, księdze, którą tradycja przypisuje chińskiemu filozofowi Lao-tsy, stoi zdanie znane w popularnym przekładzie tak: „Podróż tysiąca mil zaczyna się od pierwszego kroku”. Historycy zresztą do dziś nie są pewni, czy Lao-tsy w ogóle istniał. Nasza podróż była krótsza, ale zasada ta sama.
Żółty szlak prowadzi z wsi pod Schronisko PTTK „Trzy Korony”. Budynek postawiono na przełomie 1929 i 1930 roku z inicjatywy Komisji Turystycznej Województwa Śląskiego, według projektu dyrektora szkoły budowlanej w Katowicach. Za kilka lat stuknie mu sto lat. Za schroniskiem asfalt się kończy i zaczyna się szuter, a wyżej kamienie.



Przy drodze stoi znak zakazu z tabliczką, która wylicza, kogo zakaz nie dotyczy: właścicieli gruntów, mieszkańców i służb komunalnych. Turystów dotyczy, więc idą pieszo. Nikt nie narzeka, bo to ładny odcinek: z jednej strony łąki, z drugiej las, a nad głową coraz bliżej wapienne ściany.
Kapliczka na rozstaju

Nad schroniskiem, na rozwidleniu szlaków, stoi drewniana kapliczka św. Joanny Beretty Molli. Tabliczka mówi o niej krótko: „Włoska lekarka, żona i matka czwórki dzieci. Kochała Boga. Spotkała Go w sakramentach św., drugim człowieku i pięknie przyrody”.
Urodziła się w 1922 roku pod Mediolanem, była lekarką pediatrą. W czwartej ciąży wykryto u niej guz macicy. Wybrała leczenie, które dawało szansę dziecku, choć było groźniejsze dla niej samej. Córka urodziła się w kwietniu 1962 roku, a matka zmarła tydzień później. W 2004 roku Jan Paweł II ogłosił ją świętą. Na kanonizacji był obecny jej mąż.
Tu zeszliśmy z żółtego szlaku na zielony.



Zielonym przez złoty las
Zielony szlak zaczyna się niepozornie: wąską ścieżką w zaroślach, gęsiego, jeden za drugim. Dopiero po chwili zarośla przechodzą w wysoki las.

To chyba najspokojniejsza droga na szczyt. Prowadzi przez buczynę z jodłą, po korzeniach, drewnianych stopniach i wapiennych płytach. Pod koniec października większość liści była już żółta i złota, czerwieni było jak na lekarstwo. Pod butami szeleściło przy każdym kroku, a las pachniał opadłymi, schnącymi liśćmi. To las Pienińskiego Parku Narodowego, utworzonego 1 czerwca 1932 roku. Państwo odkupiło Trzy Korony od prywatnych właścicieli trzy lata wcześniej, w 1929 roku.


Szlak jest oznakowany starannie. Znaki na pniach buków są co kawałek. Zgubić się trudno, tym bardziej że ścieżka jest wydeptana tak wyraźnie, że prowadzi sama. John Muir, szkocko-amerykański przyrodnik, nazywany ojcem amerykańskich parków narodowych, pisał, że z każdego spaceru z naturą człowiek wynosi znacznie więcej, niż szukał. W parku narodowym trudno o lepsze miejsce, żeby to sprawdzić.


Ochrona tego lasu zaczęła się wcześniej niż sam park. W 1921 roku z inicjatywy profesora Władysława Szafera powstał pierwszy pieniński rezerwat, a w 1924 roku Polska i Czechosłowacja umówiły się, że wspólnie ochronią oba brzegi Dunajca. W 1932 roku powstał polski park, pierwszy park narodowy w Polsce, a po drugiej stronie rzeki czechosłowacki obszar chroniony. Park ma zaledwie 23,46 kilometra kwadratowego, a w 2015 roku odwiedziło go 815 tysięcy osób, więc drewniane stopnie i trzymanie się szlaku nie są tu fanaberią. Trzy Korony park ma zresztą w logo.


Las robi tu za przewodnika po geologii. Spod liści wystają wapienne bloki. Kamienie pod butami pamiętają dinozaury. Powstały w jurze i kredzie, mniej więcej od 200 milionów do 66 milionów lat temu, na dnie Oceanu Tetydy, między innymi z okruchów liliowców, morskich zwierząt podobnych do kwiatów na łodyżkach. Tam, gdzie dziś szeleszczą buki, było otwarte morze.

Morze dawno zniknęło, a jego dno poszło w górę. Geolodzy zaliczają Pieniny do pienińskiego pasa skałkowego, wąskiej smugi skał długości niecałych 600 kilometrów, która ciągnie się łukiem od okolic Wiednia aż do Rumunii. Trzy Korony to jego kawałek, moim zdaniem najładniej wyeksponowany.

Dunajec był tu, zanim góry urosły na dobre. Najprościej wyobrazić to sobie tak: góry rosły rzece na drodze, a ona cięła je dalej. Dlatego zamiast grzecznie obejść Pieniny bokiem, jak zrobiłaby to rozsądna rzeka, Dunajec przecina je na wylot, wijąc się dnem głębokiej doliny między wapiennymi ścianami. Gdyby był mniej uparty, flisacy ze Sromowiec nie mieliby dziś zajęcia.

Skąd sama nazwa Pieniny, też nie wiadomo na pewno. Wywodzono ją od pionu, od piany, czasem od pnia. W 1846 roku Maciejowski szukał jej u Celtów, bo w narzeczach kimrobrytańskich pen to głowa, szczyt, góra. Wincenty Pol w 1867 roku uczciwie przyznał: „Czy Pieniny od piona, czy Pieniny od pieniących się wód Dunajca tak są nazywane, nie wiem”. Jedno jest pewne: pierwotnie Pieninami nazywano sam masyw Trzech Koron. Dopiero później nazwa rozlała się na całe pasmo.

Zlodowacenia ominęły Pieniny, więc przetrwały tu rośliny z dawniejszych, cieplejszych czasów, a do tego dwa endemity, których w Polsce nie ma nigdzie indziej: mniszek pieniński i pszonak pieniński. Na tym skrawku gór rośnie około 1100 gatunków roślin naczyniowych, połowa tego, co stwierdzono w całej Polsce, i żyje ponad 1550 gatunków motyli. Idąc tym lasem, depcze się po jednym z najbogatszych przyrodniczo miejsc w kraju. Najlepiej więc depcze się po ścieżce.

Kosarzyska i zamek świętej Kingi
Szlak wychodzi z lasu na polanę Kosarzyska. Na polanie zielony szlak dochodzi do niebieskiego. Kto przyszedł zielonym, skręca w lewo na Okrąglicę albo w prawo do ruin zamku.
Polana leży na północnym stoku Trzech Koron, na wysokości od 821 do 880 metrów, i ma około 250 metrów długości. W literaturze występuje jako Koszarzyska, a w gwarze mówiono Kosarzyska. Nazwa brzmi, jakby wzięła się od koszenia, ale to fałszywy trop. Pochodzi od wołoskiego słowa koszar, czyli przenośnej zagrody dla owiec. Dawniej stały tu koszary z owcami. Owiec już nie ma, za to łąkę rzeczywiście się kosi, więc nazwa dorobiła się drugiego znaczenia po fakcie.
Kosarzyska wyglądają jak zwykła łąka, ale przyrodnicy mają do nich szczególny sentyment. Rosną tu wysokie ziołorośla, a polana była tradycyjnym miejscem występowania niepylaka mnemozyny, rzadkiego białego motyla, krewnego słynnego apollo. Żyła tu jego reliktowa populacja. Żeby jej nie zniszczyć, w 1960 roku przestano polanę kosić. Pod koniec lat 80. koszenie wróciło, tylko ostrożniej: dziś łąkę kosi się nieregularnie, co dwa, trzy lata. Kwiaty odwiedza też paź żeglarz, a na polanie i wokół niej rośnie silnie trująca ciemiężyca zielona i wrotycz baldachogroniasty. W 2009 roku odłowiono tu gatunki chrząszczy ze stonkowatych, których wcześniej w Pieninach nie notowano. W przyrodzie, jak widać, nawet kosiarka bywa sprawą wagi państwowej.

Do ruin Zamku Pienińskiego na Górze Zamkowej jest stąd kilkaset metrów. Część grupy tam zajrzała. Warownię wzniesiono na początku lat 80. XIII wieku z kamienia na zaprawie. Był to jeden z pierwszych takich zamków w Polsce, bo wcześniej stawiano głównie drewniane grody.

W grudniu 1287 roku, w czasie trzeciego najazdu mongolskiego, schroniła się tu księżna Kinga, wdowa po Bolesławie Wstydliwym, z dworem, kapłanami, rycerzami i siedemdziesięcioma klaryskami ze Starego Sącza, gdzie kilka lat wcześniej ufundowała klasztor. Zamku Tatarzy nie zdobyli. Legenda tłumaczy to po swojemu: gdy najeźdźcy podeszli pod górę, niebo zasnuły chmury, nadeszła gęsta mgła i zakonnice zniknęły im z oczu. W 1999 roku Jan Paweł II ogłosił Kingę świętą, właśnie w Starym Sączu.

Kiedy i przez kogo zamek został zniszczony, historycy się spierają. Jedni wskazują wojska Ścibora ze Ściborzyc w 1410 roku, inni husytów w latach 1431 i 1433. Najnowsze badania sugerują, że warownię użytkowano jeszcze w XV wieku. Archeolodzy kopali tu przed wojną, w latach 1976 do 1978 i ostatnio w 2020 i 2021 roku. Zostały mury długości około 80 metrów, zachodni ma miejscami 5,5 metra wysokości, do tego cysterna i resztki budynku bramnego.
Tuż poniżej ruin jest grota św. Kingi, miejsce pielgrzymek i kultu. Figurę świętej wstawiono do niej w 1904 roku.
Okrąglica, 982 metry
Masyw Trzech Koron tworzy pięć turni: Okrąglica (982 m), Płaska Skała (950 m), Nad Ogródki (940 m), Pańska Skała (920 m) i Niżnia Okrąglica (około 902 m). Wbrew obiegowej opinii to nie jest najwyższy szczyt Pienin. Ten tytuł należy do Wysokiej (1050 m) w Małych Pieninach, która leży na samej granicy polsko-słowackiej. Trzy Korony są za to najwyższe w Pieninach Właściwych, zwanych też Środkowymi, i w całym Pienińskim Parku Narodowym. Turyści mogą wejść tylko na Okrąglicę. Zanim udostępniono najwyższy wierzchołek, panoramę oglądano z Niżniej Okrąglicy, wysuniętej ku południu i niższej o 80 metrów.
Z Kosarzysk niebieski szlak wspina się lasem pod sam szczyt. Pod skałami stoi kasa parku. W sezonie wejście na platformę jest płatne, a bilet tego samego dnia obowiązuje też na Sokolicy, drugim słynnym punkcie widokowym Pienin, wysoko nad Przełomem Dunajca. Kto ma siłę na obie, ma dwa widoki w cenie jednego.
Dalej prowadzą już metalowe schody z barierkami. Obecne schody i platformę zbudowano w latach 2001 i 2002. Z każdym stopniem las się przerzedza, a między pniami i skałami coraz częściej otwierają się okna na doliny.


W pogodną niedzielę na schodach stoi kolejka. Schody kończą się platformą widokową na samym wierzchołku Okrąglicy, otoczoną barierkami. Mieści naraz około trzydziestu osób, więc kto stoi niżej, ma czas obejrzeć skałę z bliska. Kto doczeka swojej kolei, staje nad przepaścią, bo masyw wznosi się nad Dunajcem na około 530 metrów.


Tafla wody, która błyszczy w dole na zachodzie, to Jezioro Czorsztyńskie. Jest młodsze od niejednego turysty na schodach, bo zbiornik za zaporą w Niedzicy napełniano od 1995 roku. Ma 9 kilometrów długości i robi dziś w Pieninach za namiastkę morza, które szumiało tu w jurze i kredzie.

Zachwyt ma długą historię. W 1831 roku Jan Nepomucen Rostworowski pisał: „Kto raz te miejsca poznał (...), ten będzie miał ich obraz na zawsze w pamięci wyryty”. W 1842 roku H. Kratter dodawał: „Nie ma (...) gościa, który by nie odwiedził tych szczytów ze strony dostępnej”. Około 1860 roku pod szczyt wyjeżdżano czterokonnymi zaprzęgami. W 1880 roku przychodziło tu rocznie od 200 do 300 turystów, w 1906 roku wyznakowano pierwszy szlak, z Krościenka, a w 2005 roku turystów było ponad 60 tysięcy w ciągu roku. Czwórki koni dziś nikt nie zaprzęga, ale kolejka na schodach pokazuje, że Kratter się nie mylił.
Z platformy widać Pieniny, Gorce, Beskid Sądecki, Magurę Spiską, a przy dobrej pogodzie Beskid Żywiecki i odległą o 63 kilometry Babią Górę. Najwięcej miejsca zajmują jednak Tatry: w dookolnej panoramie rozciągają się na około 50 stopni, a Łomnica jest stąd odległa o 28 kilometrów. Tego dnia Tatry stały w chmurach, ale śnieg na graniach było widać wyraźnie.

Między Pieninami a Tatrami rozciąga się Spisz. W 1412 roku Władysław Jagiełło pożyczył Zygmuntowi Luksemburskiemu 37 tysięcy kop groszy praskich i w zastaw dostał trzynaście spiskich miast, między innymi Poprad. Pożyczki nigdy nie spłacono, więc miasta zostały przy Polsce przez ponad trzy i pół wieku, aż do rozbiorów. Przy podziale Spisza w 1920 roku Polsce przypadło już tylko 14 wsi.

Pod platformą Dunajec zakręca szerokim łukiem wokół Sromowiec Niżnych. Rzeka jest tu granicą: po jednej stronie polska wieś, po drugiej słowacki Červený Kláštor z klasztorem, do którego zeszliśmy na koniec. Na wschodzie rzeka wcina się w góry i znika między zalesionymi zboczami. Tam zaczyna się Przełom Dunajca, którym flisacy od 1832 roku wiozą turystów na tratwach.



Góra ma też swoje legendy. Według miejscowych opowieści okoliczna ludność chroniła się tu przed najazdami tatarskimi. Podobno to stąd Aleksander Kostka Napierski wzywał lud Podhala do walki, zanim w 1651 roku zajął zamek w Czorsztynie. I stąd, jak głosi legenda, wystartował na skrzydłach brat Cyprian z Czerwonego Klasztoru. O nim jeszcze będzie.


Skały wokół platformy mają też innych mieszkańców niż turyści. Rośnie tu smagliczka skalna, która tworzy złociste kępy. W Pańskiej Skale, czyli u Kudłatej Maryśki, gniazdują pomurniki, rzadkie ptaki o czerwonych skrzydłach, które chodzą po pionowych ścianach jak po podłodze. Na zboczach masywu żyje niepylak apollo. W 1990 roku zostało go w całych Pieninach 20 do 30 osobników, więc park ratował go przez dwadzieścia lat.

W całym masywie rośnie siedem gatunków roślin, których nie ma nigdzie indziej w Pieninach. Jednym z nich jest mniszek pieniński. Uznany za wymarły, około 2005 roku odnalazł się w szczelinach ścian Okrąglicy, tej samej góry, na której stoi platforma pełna turystów. Znane są dwa skupiska, razem około czterdziestu roślin, a na czerwonej liście mniszek figuruje jako krytycznie zagrożony.

Na platformie nikt nie stoi długo. Zwykle poganiają czekający na schodach, tego dnia wyręczył ich wiatr. Wiało przenikliwie, ze świstem w barierkach. Po kilku chwilach zimno przechodziło przez kurtkę, jakby jej wcale nie było, i czuło się je w kościach. Słońce, które w lesie przyjemnie grzało, na wierzchołku nagle straciło całą moc. Widok był wart każdej sekundy, ale tych sekund nikt nie przeciągał. Trzeba było zrobić miejsce następnym i ruszyć w dół.
Do tej chwili pasuje zdanie przypisywane Edmundowi Hillary'emu, nowozelandzkiemu himalaiście, który 29 maja 1953 roku razem z Tenzingiem Norgayem jako pierwszy stanął na szczycie Mount Everestu: „Nie zdobywamy gór, lecz samych siebie”. Z autorstwem trzeba ostrożnie: zdanie krąży w wielu wersjach, a nikt nie wskazuje, gdzie dokładnie Hillary je powiedział albo napisał. Na Okrąglicy, przy takim wietrze, pasowało w każdej wersji.
Chwała Bogu
Z Okrąglicy niebieski szlak sprowadza na Przełęcz Szopka (779 m), położoną między Trzema Koronami a Czołem (815 m). Przełęcz ma drugą nazwę, Chwała Bogu, pisaną też łącznie: Chwałabogu. Skąd się wzięła, pewności nie ma. Najczęściej mówi się, że to okrzyk ulgi po trudach wspinaczki. Kto podchodzi tu od strony Sromowiec, innych dowodów nie potrzebuje. My schodziliśmy, więc nazwę trzeba było przyjąć na wiarę. Kolana miały na ten temat inne zdanie. Psalm 121 mówi w przekładzie Biblii Tysiąclecia: „Wznoszę swe oczy ku górom: skądże nadejdzie mi pomoc? Pomoc mi od Pana, co stworzył niebo i ziemię”. Na przełęczy z taką nazwą kolanom też przyda się każda pomoc.

Przełęcz od dawna jest pienińskim rozdrożem. W połowie XIX wieku pierwsi turyści wjeżdżali tu góralskimi furmankami. Stała tu altana dla turystów, w której często nocowali flisacy. Planowano nawet budowę schroniska. Dziś krzyżują się tu dwa szlaki: niebieski, z Trzech Koron w stronę Czorsztyna, i żółty, który łączy Sromowce Niżne z Krościenkiem. Na drogowskazie widnieje strzałka na Przełęcz Snozka. Nazwa wygląda jak literówka, ale nią nie jest: to prawdziwa przełęcz, 653 metry, na drodze w stronę Czorsztyna.

Pod drogowskazem stoi tablica parku o ciepłolubnej łące pienińskiej. Takie łąki należą do najbogatszych zbiorowisk roślinnych w Polsce: na jednym metrze kwadratowym może rosnąć od 30 do 40 gatunków roślin kwiatowych, dużo w nich motylkowatych i storczyków. Powstały na miejscu wykarczowanego lasu i trwają tylko dzięki koszeniu i usuwaniu siana. Park co roku zostawia fragmenty nieskoszone jako ostoję i bazę pokarmową dla owadów. Na polanie rosną rzadkie gatunki: storczyk kukułka bzowa, kozibród wschodni i mieczyk dachówkowaty. Botanicy notowali tu też koronicę ozdobną, zagrożony grzyb. Pod koniec października z kwiatów zostało niewiele, za to łąka świeciła jeszcze zielenią, jakby nie słyszała o jesieni.

Wąwóz Szopczański
Kto idzie tędy pierwszy raz, zatrzymuje się w pół kroku, gdy las się rozstępuje i nad kamienistą ścieżką wyrastają wapienne ściany porośnięte świerkami. Paulo Coelho pisał w „Podręczniku wojownika światła”: „Wojownik skupia się na maleńkich cudach codzienności. Jeśli potrafi w nich dojrzeć to, co piękne, znaczy to, że i on nosi w sobie piękno (...)”. W wąwozie cudów nie trzeba szukać, same stoją przy ścieżce.

Z przełęczy żółty szlak opada do Wąwozu Szopczańskiego, wciętego między Trzy Korony a Podskalnią Górę (742 m). Dnem płynie Szopczański Potok, który uchodzi do Macelowego Potoku. Tego dnia prawie wysechł, więc wąwóz był cichy, a zamiast szumu wody słychać było głównie kamienie pod butami. Ściany schodzą się tak blisko, że idzie się dnem wapiennego kanionu. Ścieżka przez wąwóz to najkrótsze piesze połączenie Krościenka ze Sromowcami Niżnymi.
Nad wąwozem sterczy Kopa Siana (837 m), turnia pod Trzema Koronami. Kazimierz Sosnowski pisał o niej w 1930 roku, że wygląda, „zupełnie jakby koniec olbrzymiego miecza z ziemi wystawał”. Niżej stoją skromniejsze skały o wdzięcznych nazwach: Rojowa Skała, wysoka na 20 metrów, żółto podbarwiona Oberwana Skała i Borówczane Skały. W zboczu zwanym Pod Ściany, 20 i 70 metrów nad dnem, są cztery niewielkie jaskinie. Ich okopcone sklepienia świadczą, że ktoś kiedyś palił w nich ogień. Kto i po co, tego nie wiadomo, ale legendy mają gotowe odpowiedzi. Według podań ludność kryła się tu przed najazdami mongolskimi, a w czasie potopu urządzano tu zasadzki na Szwedów.

W 1860 roku M.B.Z. Stęczyński pisał wierszem: „Jest to parów tak dziki, że nawet roślinie / Nie da kwiatów rozwinąć w swej pustej krainie”. Przyroda poety nie posłuchała. Rosną tu jawory, lipy, modrzewie, buki i jodły, a wśród rzadkości smagliczka skalna, starzec pomarańczowy i dwulistnik muszy, storczyk, którego kwiat udaje owada. Park pilnuje, żeby nawapienne murawy nie zarosły lasem. Ktoś nawet nielegalnie wprowadził tu ostróżkę wyniosłą, która w Pieninach naturalnie nie rośnie. Sprawa doczekała się osobnego artykułu w naukowym periodyku parku. Wąwóz, jak widać, jest tak dziki, że trzeba go chronić przed ogrodnikami.

Zostaje sprawa nazwy. Józef Nyka uważał, że pochodzi od polany Szopka, więc poprawna forma to Wąwóz Szopczański. W użyciu jest też druga, Wąwóz Sobczański, wywodzona od Sobka, czyli po góralsku Sebastiana. Osobiście wolałbym wersję z Sobkiem, ale z Nyką się nie dyskutuje.
Bundz, oscypki, żentyca
Wąwóz wypuszcza turystów wprost nad schronisko. Z polany nad nim, przy dobrym świetle, widać w dole czerwony dach wieży Czerwonego Klasztoru po słowackiej stronie. To tam szliśmy na koniec.


Z łąk pod schroniskiem Trzy Korony wyglądają zupełnie inaczej niż z platformy. Z góry były przepaścią pod stopami, z dołu znowu są koroną. Po drugiej stronie, nad polami, Tatry odsłaniały się spod chmur, więc nikt nie schodził szybko.



Dym z wędzarni czuć było już z daleka. Obok schroniska stoi bacówka z owczymi serami: bundzem, oscypkami, żentycą, a nawet oscypkami z żurawiną. Bundz to świeży owczy ser, z którego robi się oscypki, a żentyca to serwatka, która zostaje po jego wyrobie. Górale ją piją, a o turystach mówi się, że próbują jej zwykle tylko raz. Oscypek smakuje za to tak, jak pachnie bacówka: słono i dymnie.
Virginia Woolf, angielska pisarka, pisała we „Własnym pokoju” z 1929 roku, że nie można dobrze myśleć, dobrze kochać ani dobrze spać, jeśli się dobrze nie zjadło. Oscypek przed dalszą drogą to więc nie łakomstwo, tylko literatura.

Oscypek ma swoje prawo. Od 2008 roku jest w Unii Europejskiej chronioną nazwą pochodzenia. Może powstawać tylko od maja do września, z mleka owczego z dodatkiem najwyżej 40 procent krowiego, w drewnianych foremkach ze zdobionymi brzegami, a wędzi się go w dymie z drewna sosnowego albo świerkowego.

Słowacy też mają swój wędzony ser, oštiepok, i oscypkowa rejestracja w Unii nie obyła się bez ich protestu. Skończyło się kompromisem: oba sery żyją jako osobne produkty regionalne, każdy po swojej stronie granicy. A granica była już blisko, bo stąd do Słowacji jest tylko zejście na łąki i kładka nad Dunajcem.

Przez Dunajec na Słowację
Ze Sromowiec można przejść suchą nogą do innego państwa. Kładkę pieszo-rowerową nad Dunajcem do słowackiej wsi Červený Kláštor oddano do użytku 12 sierpnia 2006 roku. Mieszkańcy zabiegali o przeprawę przez blisko sto lat, a dokumenty tych starań przechowuje archiwum wsi.

Po drodze mija się przystań flisacką. Turystyczne spływy ze Sromowiec do Szczawnicy zaczęły się w 1832 roku. Dawniej flisacy przewozili po Dunajcu drewno, dziś wiozą turystów na drewnianych tratwach, na każdej do dwunastu osób. Drogowskaz na Przełęczy Szopka informuje, że przystań działa od 1 kwietnia do 31 października, więc trafiliśmy na ostatni tydzień sezonu. Rzeka nie była jednak pusta, bo spływał nią ponton.

Kładka ma 150 metrów długości, a jej przęsło główne 90 metrów. Pomost szeroki na 3,5 metra wisi na linach rozpiętych z jednego pylonu. Od grudnia 2007 roku, kiedy Polska i Słowacja weszły do strefy Schengen, nikt tu nie sprawdza dokumentów. Granicę przekracza się gdzieś nad środkiem rzeki, bez szlabanu i bez celnika, z widokiem na Trzy Korony i szumem Dunajca pod stopami.
Heraklit z Efezu, grecki filozof, miał podobno mówić, że nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki. Piszę „podobno”, bo to zdanie znamy z drugiej ręki, od Platona, a zachowane słowa samego Heraklita brzmią inaczej: na wchodzących do tych samych rzek napływają coraz to inne wody. Do Dunajca nikt z nas nie wchodził, ale kładką szliśmy dwa razy. Woda pod nią za drugim razem była już inna.



Czerwony Klasztor i latający mnich
Klasztor ufundował w 1319 roku węgierski możnowładca Kokosz Berzeviczy. Według przekazów była to pokuta za zabójstwo. Budowę zaczęto w 1330 roku. Początkowo klasztor nazywano Lechnickim, od okolicznych ziem, a nazwę Czerwony zawdzięcza czerwonej dachówce. Do drugiej połowy XVI wieku mieszkali tu kartuzi, a od 1711 roku kameduli, aż do 1782 roku, kiedy cesarz Józef II klasztor skasował.

W parku przed klasztorem stoi kamienna figura z 1768 roku, dwustronna jak moneta. Od frontu Trójca Święta: Chrystus z krzyżem, Bóg Ojciec z kulą ziemską, a nad nimi gołębica w promienistej glorii. Od tyłu św. Jan Nepomucen z krzyżem w dłoniach i kartusz z datą. To, co oglądamy, jest kopią. Napis na cokole mówi, że wykonano ją w 2011 roku w pracowni konserwatorskiej w Lewoczy.



Po kasacie klasztor przechodził z rąk do rąk, a w 1907 roku spłonęły dachy i wieża kościoła. Gruntowna odnowa trwała od 1952 do 1968 roku. Dziś klasztor jest narodowym zabytkiem kultury i mieści muzeum.


Najsłynniejszym mieszkańcem klasztoru był brat Cyprian, kameduła, urodzony w 1724 roku na Śląsku jako Franz Ignatz Jäschke, zmarły w 1775 roku. Był lekarzem, cyrulikiem i aptekarzem. Zostawił zielnik z blisko trzystoma gatunkami roślin rosnących w Pieninach, który przechowuje dziś muzeum w Tatrzańskiej Łomnicy. Na trzechsetlecie jego urodzin Narodowy Bank Słowacji wybił monetę kolekcjonerską. Legenda mówi, że zbudował skrzydła, dziś powiedzielibyśmy szybowiec, i sfrunął z Trzech Koron. Według jednej wersji doleciał aż do Tatr i nad Morskim Okiem zamienił się w skałę, którą do dziś nazywa się Mnichem. Wracając z Okrąglicy pieszo, trudno mu nie zazdrościć.


W parku liście leżały grubą warstwą. Tuż za granicą powaga najwyraźniej zostaje po polskiej stronie, bo dorośli ludzie zaczęli się nimi obrzucać, bez zasad i bez zwycięzców, przy szeleście, który niósł się po całym parku. Co się dzieje na Słowacji, zostaje na Słowacji. Chyba że ktoś ma aparat.



Powrót
Ze słowackiego brzegu widać Tatry i Trzy Korony od strony, z której zwykle się ich nie ogląda.

Po tej stronie Dunajca leży słowacki Pieninský národný park, w skrócie PIENAP. Obszar chroniony powstał tu w 1932 roku, razem z polskim parkiem, a park narodowy w 1967 roku. Jest większy od polskiego, a jego najwyższym punktem jest leżąca na samej granicy Wysoka, po słowacku Vysoké skalky, najwyższy szczyt Pienin. Najwyższe w polskim parku są za to Trzy Korony, więc można uznać, że jest remis.




Do kładki wracaliśmy drogą wzdłuż Dunajca, bez pośpiechu. Niemiecki filozof Fryderyk Nietzsche pisał w „Zmierzchu bożyszcz” z 1888 roku, że wszystkie naprawdę wielkie myśli rodzą się podczas chodzenia. Wielkie myśli zostawiamy filozofom, nam wystarczyło, że szło się lekko i nikomu nie było spieszno.
Tatry pokazały się na pożegnanie jeszcze raz, nad drzewami i dachami, z resztkami chmur zaczepionymi o szczyty. Tym razem wyraźnie, w całej swojej wielkości i dumie, jakby chciały powiedzieć: „Do widzenia. Dziś jesteście w Pieninach, więc podziwiajcie Pieniny. A do nas zapraszamy wkrótce”.


Kładką wróciliśmy do Polski. Pętla zamknęła się tam, gdzie się zaczęła: pod skalną koroną, która nazywa się trzy, a ma pięć zębów. T.S. Eliot, poeta urodzony w Ameryce, który osiadł w Anglii, pisał w „Little Gidding”, ostatnim z „Czterech kwartetów”, że kresem naszych wędrówek będzie dojść tam, skąd wyszliśmy, i poznać to miejsce po raz pierwszy. Korona po powrocie wyglądała jakby trochę inaczej niż rano. Jan Nepomucen Rostworowski pisał w 1831 roku, że kto raz te miejsca poznał, ten będzie miał ich obraz na zawsze w pamięci wyryty. Na wszelki wypadek mamy jeszcze zdjęcia.
Przełęcz Chwała Bogu wzięła podobno nazwę od okrzyku ulgi po wspinaczce. Pasuje też na koniec dnia: za słońce, za widoki i za to, że wszyscy wrócili cali, choć kolana do końca miały swoje zdanie. Chwała Bogu.
Trasa, 25 października 2026
Ze Sromowiec Niżnych żółtym szlakiem do kapliczki św. Joanny Beretty Molli, zielonym na polanę Kosarzyska, niebieskim na Okrąglicę (982 m), dalej przez Przełęcz Szopka (Chwała Bogu, 779 m) i żółtym szlakiem przez Wąwóz Szopczański do Schroniska PTTK „Trzy Korony”. Stamtąd kładką nad Dunajcem do Červenego Kláštora na Słowacji i tą samą kładką z powrotem.
Wejście na Trzy Korony i cała górska część trasy prowadzą szlakami Pienińskiego Parku Narodowego.
Praktycznie
Wejście na platformę Okrąglicy jest w sezonie płatne, a bilet obowiązuje tego samego dnia także na Sokolicy. Na szlaki parku nie wolno wchodzić z psami. Kładka nad Dunajcem jest tylko dla pieszych i rowerzystów. Na Słowację warto zabrać dowód osobisty: kontroli nie ma, ale dokument trzeba mieć przy sobie. Przystań flisacka w Sromowcach Niżnych działa od 1 kwietnia do 31 października.